To jest oryginał, czyli książka z 2010 roku, a nie któryś z późniejszych tomów poświęconych fermentacji czy Noma 2.0. Przez lata była wyprzedana, a ceny na rynku wtórnym były wręcz nieprzyzwoite, więc fakt, że znowu można ją kupić, zakrawa na mały cud.
René Redzepi miał 25 lat, kiedy w 2003 roku razem z Clausem Meyerem otworzył Nomę w dawnym magazynie na Christianshavn. Nikt nie przewidział, że syn albańskiego imigranta zdefiniuje kiedyś, czym jest kuchnia nordycka, a najmniej on sam.
Książka zawiera nieco ponad 90 przepisów, ale bądź ze sobą szczery: nie będziesz ich gotować. Potrzebne są marzanka wonna, małże z Wysp Owczych i lód z Grenlandii. To zamiast tego dokumentacja pewnego sposobu myślenia, z rozważaniami Redzepiego o sezonowości, miejscu i o tym, z czego może składać się spiżarnia, kiedy odmawia się importowania produktów. Zdjęcia wykonano w plenerze, w krajobrazie, a nie w studiu.
Cenimy tę książkę wyżej niż jakąkolwiek inną w naszym asortymencie. Nie dlatego, że jest najpiękniejsza, lecz dlatego, że bardzo niewiele książek przypadkiem dokumentuje dokładnie moment, w którym coś się zmieniło. Warto czytać ją jako świadectwo czasu, gdy wpływ szkoły Nomy na światową gastronomię dopiero się zaczynał.
Oprawa: Twarda
Liczba stron: 368
Język: Angielski
Pierwsze wydanie: 2010
Wybór The Kitchen Lab
Kiedy Noma otwierała się w 2003 roku, wcale nie było oczywiste, że w Kopenhadze da się gotować na światowym poziomie. Poważne gotowanie zakładało francuską technikę i śródziemnomorskie produkty, a praca wyłącznie z tym, co rośnie w Skandynawii, wyglądała na ograniczenie, a nie na pomysł.
Redzepi to odwrócił. Bez oliwy i cytryny kwasowość musiała pochodzić skądinąd, mianowicie z fermentacji. Bez pomidorów przez osiem miesięcy w roku spiżarnię trzeba było zbudować z tego, co zakonserwowane. Ograniczenie stało się metodą.
Od tamtej pory każda ambitna restauracja zadaje to samo pytanie co on: co rośnie tam, gdzie stoimy?